Słowo

CZWARTA NIEDZIELA ZWYKŁA – ROK C – 31.01.2022

Gromadząc się przy ołtarzu, zawsze musimy pamiętać o tym, że Ofiara, w której uczestniczymy, jest wyrazem najwyższej miłości Boga względem człowieka. Wszak odnawiamy w niej paschalną Tajemnicę Chrystusa, a więc Jego Mękę, Śmierć i Zmartwychwstanie. Stanowi to jednak dla nas również przypomnienie, że życie każdego chrześcijanina winno być wyrazem miłości Boga i braci.
Niełatwo przychodzi prawdziwa miłość. Miłość bowiem musi być cierpliwa, łaskawa, nie może zazdrościć, unosić się pychą i gniewem. Ofiara Eucharystyczna nie tylko uczy wszystkich takiej miłości, ale wzmacnia nasze ludzkie siły, abyśmy w ten trudny sposób mogli miłować.

 

PIERWSZE CZYTANIE – Jr 1, 4-5. 17-19
Powołanie proroka

Czytanie z Księgi proroka Jeremiasza

Za panowania Jozjasza Pan skierował do mnie następujące słowo:
«Zanim ukształtowałem cię w łonie matki, znałem cię,
nim przyszedłeś na świat, poświęciłem cię,
prorokiem dla narodów ustanowiłem cię.
Ty zaś przepasz biodra, wstań i mów wszystko, co ci rozkażę.
Nie lękaj się ich, bym cię czasem nie napełnił lękiem przed nimi.
A oto Ja czynię cię dzisiaj twierdzą warowną,
kolumną żelazną i murem ze spiżu przeciw całej ziemi,
przeciw królom judzkim i ich przywódcom, ich kapłanom i ludowi tej ziemi.
Będą walczyć przeciw tobie, ale nie zdołają cię zwyciężyć,
gdyż Ja jestem z tobą – mówi Pan – by cię ochraniać».

Oto słowo Boże.

 

DRUGIE CZYTANIE – 1 Kor 12, 31 – 13, 13
Hymn o miłości

Czytanie z Pierwszego Listu Świętego Pawła Apostoła do Koryntian

Bracia:
Starajcie się o większe dary, a ja wam wskażę drogę jeszcze doskonalszą.
Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał,
stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący.
Gdybym też miał dar prorokowania i znał wszystkie tajemnice,
i posiadał wszelką wiedzę, i wiarę miał tak wielką, iżbym góry przenosił,
a miłości bym nie miał – byłbym niczym.
I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją,
a ciało wystawił na spalenie, lecz miłości bym nie miał, nic mi nie pomoże.
Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest.
Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą;
nie jest bezwstydna, nie szuka swego, nie unosi się gniewem,
nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości,
lecz współweseli się z prawdą.
Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję,
wszystko przetrzyma.
Miłość nigdy nie ustaje, nie jest jak proroctwa, które się skończą,
albo jak dar języków, który zniknie, lub jak wiedza, której zabraknie.
Po części bowiem tylko poznajemy i po części prorokujemy.
Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe,
zniknie to, co jest tylko częściowe.
Gdy byłem dzieckiem, mówiłem jak dziecko,
czułem jak dziecko, myślałem jak dziecko.
Kiedy zaś stałem się mężem, wyzbyłem się tego, co dziecinne.
Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno;
wtedy zaś ujrzymy twarzą w twarz.
Teraz poznaję po części,
wtedy zaś będę poznawał tak, jak sam zostałem poznany.
Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy:
największa z nich jednak jest miłość.

Oto słowo Boże.

 

EWANGELIA – Łk 4, 21-30
Jezus odrzucony w Nazarecie

Słowa Ewangelii według Świętego Łukasza

Kiedy Jezus przyszedł do Nazaretu, przemówił do ludu w synagodze:
«Dziś spełniły się te słowa Pisma, które słyszeliście».
A wszyscy przyświadczali Mu
i dziwili się pełnym łaski słowom, które płynęły z ust Jego. I mówili:
«Czy nie jest to syn Józefa?»
Wtedy rzekł do nich: «Z pewnością powiecie Mi to przysłowie:
Lekarzu, ulecz samego siebie;
dokonajże i tu, w swojej ojczyźnie, tego, co wydarzyło się, jak słyszeliśmy, w Kafarnaum».
I dodał: «Zaprawdę, powiadam wam:
Żaden prorok nie jest mile widziany w swojej ojczyźnie.
Naprawdę, mówię wam: Wiele wdów było w Izraelu za czasów Eliasza,
kiedy niebo pozostawało zamknięte przez trzy lata i sześć miesięcy,
tak że wielki głód panował w całym kraju;
a Eliasz do żadnej z nich nie został posłany,
tylko do owej wdowy w Sarepcie Sydońskiej.
I wielu trędowatych było w Izraelu za proroka Elizeusza,
a żaden z nich nie został oczyszczony, tylko Syryjczyk Naaman».
Na te słowa wszyscy w synagodze unieśli się gniewem.
Porwawszy się z miejsc, wyrzucili Go z miasta
i wyprowadzili aż na urwisko góry, na której zbudowane było ich miasto,
aby Go strącić.
On jednak, przeszedłszy pośród nich, oddalił się.

Oto słowo Pańskie.

 

KOMENTARZ

W pierwszym czytaniu Słowa Bożego słuchamy dziś opisu powołania jednego z czterech wielkich proroków, do których należał Jeremiasz. Pochodził z kapłańskiej rodziny zamieszkałej w Anatot, leżącym w krainie Beniamina, ok. 9 km od Jerozolimy. Swoją prorocką misję pełnił za panowania Jozjasza i jego następców, aż do upadku Jerozolimy, co się łączy z bardzo przykrym fragmentem w historii narodu wybranego, mianowicie z niewolą babilońską.
Bezpośrednie powołanie Jeremiasza na proroka dokonało się za rządów wspomnianego króla Jozjasza (641-669). Z opisu powołania dowiadujemy się, że Bóg bardzo wcześnie powziął swój zamiar: „Nim przyszedłeś na świat, ustanowiłem cię prorokiem dla narodów”. Odczytujemy w tym tajemnicę powołania, w której na pierwsze miejsce wysuwa się Boże działanie, dokonujące wyboru osoby. W pierwszej zwłaszcza fazie jest ono niezależne od człowieka, bo Bóg wybiera jeszcze w łonie matki. Nie znaczy to jednak, by człowiek nie miał nic do powiedzenia w tym ważnym akcie posłania go przez Boga. Powołujący szanuje wolną wolę człowieka i czeka zawsze na odpowiedź z jego strony.
Stąd słyszymy dziś, jak Bóg przed wolną istotą, powoływaną przez Niego, rysuje swego rodzaju wizję przyszłego działania, zapewniając równocześnie o udzieleniu wsparcia. Człowiek powoływany ma zawierzyć powołującemu go Bogu i odważnie podjąć realizację nakreślonego planu działania.
Powołanie proroka Jeremiasza stanowi nie tylko piękny opis zamieszczony na kartach Pisma św., ale jednocześnie zawiera wszystkie charakterystyczne elementy każdego właściwie powołania. Nade wszystko zaś to, co tutaj powiedziano, może być odniesione do powołania Jezusa Chrystusa. Stąd dzisiejsza Ewangelia stanowi znowu niejako klasyczny przykład właściwego wykonania misji zleconej przez Boga.

Przedstawiwszy prawdę o Królestwie przez porównanie Go do Ciała, którego Głową jest sam Chrystus, oraz mając na uwadze siłę sprawiającą jedność Kościoła, przechodzi Apostoł do ukazania miłości, która nigdy nie ustaje. Poświęca tej sprawie cały rozdział trzynasty pierwszego listu do Koryntian. Nazwano go słusznie hymnem o miłości i uznano za jeden z najpiękniejszych utworów literatury starożytnej.
Wychodzi św. Paweł od ważnego stwierdzenia, że nie co innego, tylko miłość stanowi wśród innych najważniejszy dar, któremu należy wszystko podporządkować. W porównaniu z nią niczym są nawet tak imponujące dary, jak władanie wszystkimi językami czy wiara przenosząca góry.
Miłość jednak to coś bardzo dogłębnego, przenikającego całe wnętrze człowieka i nadającego specjalny „kształt” całemu jego działaniu. Stąd Apostoł wylicza wspaniałe jej przymioty. Prawdziwa miłość jest najpierw „cierpliwa” i dlatego sprawia, że człowiek miłujący nie załamuje się nawet wobec krzywd i przeciwności: potrafi wszystko przezwyciężyć, zachowując wewnętrzny spokój. Miłość jest następnie „łaskawa”, czyli uprzejma, a więc nie tylko dostrzegającą drugich, lecz jednocześnie okazująca wszystkim dobroć. W związku z tym posiada również inną piękną cechę ucznia Chrystusa: „nie zazdrości”. Stąd nie smuci się, gdy dostrzega osiągnięcia innych, ale raduje się z tego powodu, bo widzi w tym pomnożenia ogólnego dobra. Człowiek miłujący sam wprawdzie zabiega również o wiele rzeczy, chce mieć osiągnięcia, ale nie po to, by szukać poklasku i unosić się pychą.
Miłość nakazuje nam opanować gniewliwość, zapomnieć doznanej krzywdy i cieszyć się z każdego zwycięstwa prawdy. W języku biblijnym „prawda” oznacza często to samo, co właściwe postępowanie. Miłość, która przeniknęła człowieka, jest czymś trwałym i pozwala wszystko przezwyciężyć.
Zrozumiałą jest rzeczą, że miłość, o jakiej mówi tutaj Apostoł, ma swoje źródło w Bogu, który sam jest miłością. To On zaszczepia w nas swoją miłość, i dopomaga w jej ciągłym rozwijaniu i potęgowaniu. Oczywiście może się to dokonywać tylko wtedy, gdy żyjemy w przyjaźni z Bogiem.

Jezus stoi wobec swoich rodaków. Odczytał im już tekst proroka Izajasza, zapowiadający Jego mesjańską działalność. Żeby nikt nie miał wątpliwości, dołączył wyjaśnienie: „Dziś spełniły się te słowa Pisma, któreście słyszeli”. Działając zgodnie z otrzymanym od Ojca poleceniem, spełnił to, co do Niego należało: ogłosił dobrą nowinę także tym, którzy patrzyli na Jego dzieciństwo i lata młodzieńcze. Uczynił zaś to z taką siłą przekonywującą, że wszyscy „dziwili się pełnym wdzięku słowom, jakie wychodziły z Jego ust”.
Słuchacze zebrani w synagodze nazaretańskiej nie okazali jednak dobrej woli, brakło im wiary. Zbyt mocno utkwił im w pamięci obraz Chrystusa – syna cieśli i dlatego zamiast przyjąć z radością ogłoszoną im dobrą nowinę, wyrażali głośno powątpiewanie: „Czyż nie jest to syn Józefa?”
Jezus wypełniając do końca trudną misję proroka zwraca swoim rodakom uwagę na to, że ci, do których jest kierowane Słowo Boże, muszą się przygotować na jego przyjęcie. W przeciwnym razie bowiem stracą okazję nawiązania łączności z Bogiem. W związku z tym wskazuje na dwa przykłady. Uboga wdowa w Sarepcie uwierzyła słowom proroka Eliasza i uczyniła bez oporu, co jej zlecił, dlatego została wspaniale wynagrodzona. Podobnie było z Naamanem, Syryjczykiem. Również ten poganin, choć początkowo okazał pewien opór, spełnił potem polecenie proroka Elizeusza i dlatego otrzymał uzdrowienie z trądu.
Tak więc Chrystus chciał dać szansę swoim rodakom i przypominając dobrze znane im wydarzenia ze Starego Testamentu, skłonić do refleksji. Niestety, nie skorzystali z tego pouczenia i dali się unieść ambicji. Przestali panować nad sobą. Kierowani gniewem wyrzucili z miasta swego dobroczyńcę i zamierzali Go strącić z góry, na której ich miasto jest zbudowane. W ten sposób i Chrystus doświadczył tego, co miało stać się udziałem wszystkich proroków: „Będą walczyć przeciw Tobie”. Zachował jednak spokój, bo wiedział, że tak się stać musi. Występował jako Syn Boży i dlatego żaden człowiek nie mógł zniweczyć jego działania. Jeśli zaś ktoś próbował przeciwstawiać się Jego posłannictwu, to tylko na swoją własną szkodę i być może zgubę.
Ewangelista zamieścił na końcu charakterystyczne słowa: „On jednak przeszedłszy wśród nich, oddalił się”. Nazaretańczycy nie przyjęli przepowiadania Chrystusa i dlatego On odszedł od nich i skierował swe kroki do innych. Człowiek musi okazać dobrą wolę i przyjąć Boże słowo. Gdy tego nie czyni, naraża się na to, że Bóg od niego odchodzi.

 

Nauczyć się kochać, ks. Edward Staniek

Szaweł był faryzeuszem na medal. Bez zarzutu zachowywał wszystkie przepisy Prawa. Wiedział, że doskonałość polega na tym, by w żadnym punkcie go nie naruszyć. Życie religijne traktował jako sięganie po doskonałość, a w niej nie ma miejsca na żadną słabość ani na żadne potknięcie.

Jezus jednak chciał go wprowadzić na drogę miłości, bo tylko na tej drodze można osiągnąć pełnię dojrzałości i przygotować się do wejścia do domu Ojca. W drodze do Damaszku powalił go na ziemię. Szaweł wędrował tam, aby niszczyć „niedoskonałych”, którzy naruszyli Prawo i wbrew opinii Sanhedrynu uznali Proroka z Nazaretu za Mesjasza.

Chrystus zmusił go do odprawienia rekolekcji. Pierwszych w ciemnościach zamkniętych oczu, bez jedzenia i picia – trwały trzy dni. Po nich przyjął chrzest i odzyskał wzrok. Drugich na pustyni – trwały kilka lat i polegały na przekładaniu zwrotnicy życia z drogi doskonałości na drogę miłości.

Szaweł, jako uczeń nauczyciela wielkiej klasy, jakim był Gamaliel, doskonale znał żydowskie Prawo i wszystkie jego wypowiedzi na temat mądrości. Wiedział, że to jest wartość najdoskonalsza. Ale ta żydowska mądrość nie brała pod uwagę miłości przebaczającej. Po spotkaniu z Jezusem na drodze do Damaszku Paweł uczył się przebaczać. Wiedział już, że Bóg wybacza mu jego doskonałość, w której imię niszczył niewinnych chrześcijan. To ta doskonałość splamiła krwią jego ręce. Wiedział, że tylko przebaczenie Boga i chrześcijan może te ręce oczyścić. Ale też zobaczył niezwykle jasno, do czego może prowadzić droga doskonałości, którą dotychczas wędrował.

Na drodze miłości sam był bity, i to w sposób bezpardonowy. Na drodze doskonałości, jako doskonalszy i mocniejszy w uderzeniu, oddałby każdy cios z nawiązką. Na tej drodze obowiązywała bowiem zasada oko za oko, ząb za ząb. Ale na drodze miłości uczył się przebaczania i odkrywał, że ono jest siłą miliony razy większą niż przemoc.

Jest zdumiewające, że już w jednym z pierwszych listów, pisanym tuż po 50 roku do Koryntian, Paweł wyśpiewał Hymn o miłości, odsłaniając nieprawdopodobnie czytelnie swoje wnętrze. Śpiewa ten hymn jako wyznanie swego życia. On, doskonały faryzeusz, w spotkaniu z Jezusem odkrywa, że w życiu religijnym istnieje wielka pułapka doskonałości, w której giną tysiące ludzi. Zamiast uczyć się kochać Boga i bliźnich, oni zabiegają o doskonałość, i w imię tej doskonałości niszczą wielu. Wszyscy bowiem, którzy nie są tak doskonali jak ich wyobrażenia o człowieku, zostają przez nich nielitościwie skrytykowani, a nawet potępieni. Cóż to jednak za doskonałość, która potępia, a nie pomaga.

Niestety jest to podstawowy błąd wielu ludzi. Rodzice pragną mieć doskonałe dziecko, chcą, aby odnosiło sukcesy, a oni mogli być z niego dumni. Pompują więc w nie pragnienie doskonałości. Ono ma być zawsze pierwsze, ono ma przynosić najlepsze oceny, ono ma zbierać pierwsze nagrody. To jest mocno zakorzenione w sercach dzieci. Oto przykład: Gdy wychowawczyni podzieliła się w domu radosną wiadomością, że jej klasa zdobyła drugie miejsce w konkursie na szczeblu wojewódzkim, jej córeczka z przedszkola wybuchnęła płaczem. Gdy konsternacja minęła, mama pyta: „Czemu ty płaczesz?”. A ona odpowiada: „A dlaczego nie otrzymaliście miejsca pierwszego?”. To mała migawka świadcząca o tym, jak głęboko tkwimy w szkole faryzeuszy, dla których doskonałość była najważniejsza, nawet jeśli dochodziło się do niej po trupach.

I gdzie tu jest mowa o miłości? O radości z tego, że inni są lepsi? O gratulacjach, jakie należy im złożyć? Gdzie tu jest mowa o miłości?

Dziecko winno się cieszyć z sukcesu mamy i jej klasy, a nie płakać z powodu tego, że nie zajęli miejsca pierwszego. Miłość potrafi się cieszyć.

Istnieje pilna potrzeba przestawienia zwrotnicy naszego życia z drogi doskonałości na drogę miłości. Winni to uczynić wszyscy, którzy traktują Ewangelię na serio. Niezależnie od tego, ile mają lat, na jakim są stanowisku i czym się zajmują. Drogą do szczęścia jest miłość, a nie doskonałość.

Droga doskonałości jest drogą do kompleksów i faryzeizmu. Kompleksów niższości nabawią się wszyscy, widząc lepszych od siebie, a kompleksów wyższości ci, którzy widzą mniejszych od siebie. W sidła faryzeizmu wpadną ci, którzy – nie mając doskonałości oczekiwanej przez siebie i otoczenie – zaczną udawać, że są doskonali.

Listy św. Pawła do Koryntian są traktatem o ewangelicznie rozumianej miłości. Autor rozprawia się w nich w sposób zdecydowany z pojęciem doskonałości wypracowanym w szkole faryzeuszy oraz z pojęciem doskonałości wypracowanym w kulturze greckiej. W Kościele jest miejsce na ludzi niedoskonałych, nie ma natomiast miejsca dla tych, którzy nie chcą kochać. Pierwszym bowiem prawem życia religijnego jest miłość z całego serca, z całej duszy i ze wszystkich sił, a nie doskonałość.

Niech tydzień, który jest przed nami, będzie czasem refleksji – zastanówmy się, w jakiej mierze zależy nam na tym, byśmy umieli kochać. Przeżyjmy go, śpiewając razem ze św. Pawłem Hymn o miłości.