Tajemnica eucharystyczna jest prawdziwie ośrodkiem świętej liturgii, a nawet całego życia chrześcijańskiego. Z tej racji Kościół, pouczony przez Ducha Świętego, stara się z dnia na dzień coraz bardziej ją zgłębić i pełniej nią żyć. Pamiętajmy, że jest to obowiązkiem każdego wiernego zwłaszcza wtedy, gdy staje przy ołtarzu Pańskim dla sprawowania Ofiary Ciała i Krwi Chrystusa. Jeśli jednak pragniemy naprawdę zgłębiać tę tajemnicę, musimy się odpowiednio przygotować, przede wszystkim przez otwarcie swojego serca na Boże działanie.
PIERWSZE CZYTANIE – Mdr 9, 13-18
Prawdziwa mądrość
Czytanie z Księgi Mądrości
Któż z ludzi rozezna zamysł Boży
albo któż pojmie wolę Pana?
Nieśmiałe są myśli śmiertelników i przewidywania nasze zawodne,
bo śmiertelne ciało przygniata duszę
i ziemski namiot obciąża rozum pełen myśli.
Mozolnie odkrywamy rzeczy tej ziemi,
z trudem znajdujemy, co mamy pod ręką
– a któż wyśledzi to, co jest na niebie?
Któż poznał Twój zamysł, gdy nie dałeś Mądrości,
nie zesłałeś z wysoka Świętego Ducha swego?
I tak ścieżki mieszkańców ziemi stały się proste,
a ludzie poznali, co Tobie miłe,
i zostali ocaleni przez Mądrość.
Oto słowo Boże.
DRUGIE CZYTANIE – Flm 9b-10. 12-17
Wszyscy są braćmi
Czytanie z Listu Świętego Pawła Apostoła do Filemona
Najdroższy:
Ja, stary Paweł, a teraz jeszcze więzień Chrystusa Jezusa – proszę cię za moim dzieckiem,
za tym, którego zrodziłem w kajdanach, za Onezymem.
Jego ci odsyłam; ty zaś jego, to jest serce moje, przyjmij do domu.
Zamierzałem go trzymać przy sobie,
aby zamiast ciebie oddawał mi usługi w kajdanach, które noszę dla Ewangelii.
Jednakże postanowiłem nie czynić niczego bez twojej zgody,
aby dobry twój czyn był nie jakby z musu, ale z dobrej woli.
Może bowiem po to oddalił się od ciebie na krótki czas,
abyś go odebrał na zawsze, już nie jako niewolnika,
lecz więcej niż niewolnika, jako brata umiłowanego.
Takim jest on zwłaszcza dla mnie,
ileż więcej dla ciebie zarówno w doczesności, jak i w Panu.
Jeśli więc się poczuwasz do łączności ze mną, przyjmij go jak mnie.
Oto słowo Boże.
EWANGELIA – Łk 14, 25-33
Kto nie wyrzeka się wszystkiego, nie może być uczniem Jezusa
Słowa Ewangelii według Świętego Łukasza
Wielkie tłumy szły z Jezusem. On odwrócił się i rzekł do nich:
«Jeśli ktoś przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki,
żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego,
nie może być moim uczniem.
Kto nie dźwiga swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem.
Bo któż z was, chcąc zbudować wieżę, nie usiądzie wpierw
i nie oblicza wydatków, czy ma na wykończenie?
Inaczej, gdyby położył fundament, a nie zdołałby wykończyć,
wszyscy, patrząc na to, zaczęliby drwić z niego:
„Ten człowiek zaczął budować, a nie zdołał wykończyć”.
Albo jaki król, mając wyruszyć, aby stoczyć bitwę z drugim królem,
nie usiądzie wpierw i nie rozważy, czy w dziesięć tysięcy ludzi
może stawić czoło temu, który z dwudziestu tysiącami nadciąga przeciw niemu?
Jeśli nie, wyprawia poselstwo, gdy tamten jest jeszcze daleko,
i prosi o warunki pokoju.
Tak więc nikt z was, jeśli nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada,
nie może być moim uczniem».
Oto słowo Pańskie.
KOMENTARZ
Gdyby postawić pytanie: co to jest mądrość albo kogo nazwiemy mądrym? – na pewno padałyby różne odpowiedzi. Najczęściej mądrość jest utożsamiana z wiedzą. Stąd o człowieku, który posiada rozległą wiedzę, mówimy z podziwem: ale ten człowiek mądry. Po wnikliwszym wszakże zastanowieniu się nad tą sprawą dochodzimy do wniosku, że wiedza stanowi jeden tylko element mądrości. Często przecież stwierdzamy, że ktoś dużo wie, a niemądrze postępuje. Jeszcze bardziej lapidarnie wyrażają się czasem ludzie prości: „niby uczony – a głupi”. W tym wszystkim dostrzegamy to wspólnego, że prawdziwa mądrość musi obok wiedzy zawierać także przedziwną umiejętność zastosowania jej w codziennym życiu. Owszem, zdarza się i w ten sposób, że nie wahamy się nazwać mądrym człowieka, który wprawdzie nie odbywał długich studiów, albo prawie w ogóle się nie uczył, ale za to – dzięki zdobytemu doświadczeniu życiowemu – potrafi sam dobrze (mądrze) postępować i udzielać nawet innym ludziom właściwych wskazówek życiowych.
Pismo święte niejednokrotnie zaleca mądrość, ale zawsze podkreśla, że ma ona swoje źródło w Bogu. To właśnie Stwórca wszechrzeczy jest najmędrszy, a człowiek o tyle tylko staje się mądry, gdy swoim umysłem dosięga tej najwyższej mądrości. Aby to ludziom umożliwić, posłał Pan Bóg na świat swojego Syna, który stał się człowiekiem i zamieszkał wśród ludzi, aby wszystkim dać możność wniknięcia w głębię Bożej mądrości.
Mądrość, której zdobycie udostępnił nam Zbawiciel, jest w wielu wypadkach różna od tej, którą osiągają ludzie związani mocno ze światem doczesnym. Co więcej, mądrość ewangeliczna jest oceniana przez ludzi tego świata jako nieroztropność, jako marnowanie życia. Tak np. ziemska mądrość nakazuje cenić to, co tutaj na tym świecie daje zadowolenie, podczas gdy mądrość ewangeliczna każe często wybrać krzyż, każe postawić najwyżej Chrystusa, choćbyśmy nawet musieli na skutek tego wyrzec się naszych najbliższych, a więc ojca czy matki.
Niewątpliwie wymagająca jest mądrość, której osiągnięcie umożliwił nam Chrystus, ale też przewyższa ona o całe niebo tę mądrość, którą zaofiarowuje świat. Ta ostatnia jest – mówiąc obrazowo – krótkowzroczna, ponieważ buduje na tym, co doczesne, a więc przemijające. Tymczasem człowiek powinien być w swoich planach dalekosiężny. Zanim zatem przystąpi do działania, musi wszystko dokładnie skalkulować w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Ma być podobny do tego, który pragnąc wybudować wieżę, najpierw usiadł i porobił dokładne obliczenia – lub do tego, co mając stoczyć walkę ze swoim przeciwnikiem, wpierw usiadł i w spokoju rozważył, jak wszystkie sprawy wyglądają, czy może liczyć na zwycięstwo.
Tak oto mądrość ewangeliczna, chociaż często ludziom tego świata wydaje się niezrozumiałą, jest najwyższą mądrością, bo ma swoje źródło w Bogu i do niego prowadzi.
Anglik Izaak Newton (+ 1727 r.) pisze: „Ogólny celowy porządek we wszechświecie musiał wyniknąć z umysłu i woli koniecznie istniejącej istoty… Podziwu godny system słońca, planet i komet mógł powstać tylko jako wykonanie planów i wyroków jednego wszechmądrego i wszechpotężnego bytu. Podziwiamy Go dla Jego doskonałości i modlimy się doń, jako do sternika świata”. Newton udawał się codziennie na modlitwę do kaplicy uniwersyteckiej, na słowo „Bóg” odkrywał głowę i zawsze z największą czcią wyrażał się o Bogu. Kiedy raz ktoś wobec niego ośmielił się zażartować z religii, Newton uciszył go, mówiąc: „Milcz pan, ja te rzeczy głębiej zbadałem!” Koniec życia Newton poświęcił badaniu Apokalipsy.
Badacze starożytności chrześcijańskiej stawiają niejednokrotnie pytanie: czy i ewentualnie co uczyniła Ewangelia dla tych, którzy byli w tym czasie niewolnikami. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że chrześcijaństwo niewiele uczyniło, aby ulżyć doli tych ludzi nieszczęśliwych. Wszak nie nawoływano ludzi ciemiężonych do podjęcia powstania przeciwko ich panom; owszem, zdawało się sankcjonować istniejący porządek rzeczy. Kiedy jednak bliżej zapoznajemy się z tą sprawą, dochodzimy do całkiem przeciwnych wniosków.
Prawdą jest, że ani Apostołowie, ani pierwsi biskupi czy inni odpowiedzialni za głoszenie Ewangelii nie nawoływali bezpośrednio do zrzucenia kajdan niewoli; ale przecież historia potwierdziła, że ta forma walki z niewolnictwem nie była skuteczna (np. powstanie niewolników sprowokowane przez Spartakusa: + 71 r. przed Chr.). Trzeba natomiast powiedzieć, że chrześcijaństwo zaczęło „rozsadzać” od wewnątrz instytucję niewolnictwa. Św. Paweł nazywa niewolnika Onezyma swoim dzieckiem i zwraca uwagę jego panu, że powinien go przyjąć nie jako niewolnika, ale jako umiłowanego brata. Tenże Apostoł powie, że w Chrystusie została zatarta istniejąca dotychczas między ludźmi różnica i dlatego odtąd nie ma już więcej niewolnika i wolnego, ale wszyscy są równi wobec Boga. Zrozumiałą jest rzeczą, że w takiej sytuacji chrześcijańscy właściciele niewolników sami wyzwalali ich, czyli dawali wolność, zachowując – gdy tego pragnęli – u siebie już nie jako niewolników, ale braci w Chrystusie.
Nie może być moim uczniem!, ks. Kazimierz Skwierawski
Jasne jest dzisiejsze pouczenie Jezusa. Sprowadza się ono do odpowiedzi na zasadnicze pytanie: Czy naprawdę chcecie być Jego uczniami? Jest ono skierowane do wszystkich idących za Nim. Gdybyśmy mieli podgląd na katolickie świątynie na świecie i obserwowali je przez cały dzień, to zobaczylibyśmy, jak wielkie tłumy wciąż podążają za Chrystusem. Ale z tego jeszcze niewiele wynika. Ważna jest bowiem tylko relacja, jaka zachodzi między sercem człowieka a sercem Jezusa. Zbawiciel właśnie o to pyta, dając nam wskazówki, przy pomocy których możemy sobie na to pytanie odpowiedzieć w całej prawdzie.
Mówi najpierw coś, co nie tylko nas zaskakuje, ale też wydaje się sprzeczne z całą Jego nauką, a zwłaszcza z tym, co dotyczy miłości. Stwierdza bowiem: „Jeśli ktoś przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem” (Łk 14,26). Na innym miejscu poucza: „Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien” (Mt 10,37). O co zatem Jezusowi chodzi? On wcale nie zabrania nam kochać naszych bliskich, ale zdecydowanie i jednoznacznie wskazuje, że jeśli chcemy być rzeczywiście Jego uczniami, to On musi być dla nas najważniejszy! Nikt i nic nie może Go przesłaniać, nawet gdyby to było najbliższe naszemu sercu. A przecież wiemy, że najbliższe są właśnie więzy krwi, szczególnie te łączące rodziców i dzieci. Jeśli jednak ktoś lub coś będzie dla nas znaczyć więcej niż Jezus, to choćbyśmy uważali się za wierzących i przychodzili na świętą Eucharystię, to nie staniemy się Jego uczniami. Trzeba zatem, abyśmy rozważyli, kto w naszym życiu jest naprawdę najważniejszy.
Chrystus wypowiada dzisiaj jeszcze jedno bardzo trudne zdanie: „Kto nie nosi swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem” (Łk 14,27). A więc drugi warunek, jaki musimy spełnić, aby rzeczywiście być Jego uczniami, to naprawdę wziąć na ramiona swój krzyż – a więc to wszystko, co przynależy do całego naszego istnienia, czego nie potrafimy zmienić, a co jest wymagające, bolesne i wiąże się z cierpieniem zarówno fizycznym, jak i duchowym.
Chrystus pyta, czy bez buntu bierzemy na swe ramiona to wszystko, co nas przerasta. Jeśli opuszczamy ręce, jeśli wątpimy czy buntujemy się, to nie jesteśmy Jego uczniami. On bowiem swoim życiem pokazał nam, jak należy ten krzyż dźwigać, sam wziął go na siebie z miłości do nas. A kiedy krzyż Go przytłoczył, zanosił błagalną modlitwę do Ojca – przepełnioną cierpieniem, ale także pełną ufności i zawierzenia: „Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich! Jednak nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie!” (Łk 22,42). Teraz natomiast wzywa nas, abyśmy w chwilach, kiedy tak bardzo przygniata nas krzyż, wpatrzeni w Niego, powtarzali słowa tej trudnej, ale pięknej i pomocnej modlitwy.
W ostatnim zdaniu dzisiejszej Ewangelii słyszymy trzecią wskazówkę Jezusa: „nikt z was, kto nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem” (Łk 14,33). Spróbujmy sobie to wyjaśnić, bo nie oznacza to wcale, że nie możemy niczego posiadać. Chodzi o to, abyśmy dysponując czymkolwiek, nie uważali się za absolutnych właścicieli, którzy sądzą, że mogą tym rozporządzać w dowolny sposób. Bardzo dobrze nam to obrazuje drugie czytanie. Święty Paweł przywiązał się do Onezyma – niegdyś niewolnika u Filemona – którego doprowadził do chrztu i który oddawał mu usługi w trudach znoszonych dla głoszenia Ewangelii. Jednak odsyła go do Filemona, zaznaczając, że liczy na to, że ten przyjmie go „już nie jako niewolnika”, czyli swoją własność, „lecz więcej niż niewolnika, jako brata umiłowanego” (Flm 16).
Dzisiaj wprawdzie niewolnicze systemy już nie istnieją, ale nadal wiele międzyludzkich relacji jest opartych na zasadzie niewolnictwa. Ileż takich sytuacji pojawia się choćby w naszych rodzinnych odniesieniach, kiedy wydaje się nam, że to właśnie my mamy władzę stanowienia o drugim człowieku i zmuszamy go, by postępował wedle naszego widzimisię. Tymczasem Jezus uczy, że jeśli nie wyrzekasz się wszystkiego, co posiadasz, jeśli nie jesteś wolny od jakiejkolwiek formy posiadania, to nie możesz być Jego uczniem.
Kiedy przypatrzymy się tym trzem światłom, jakie ukazał nam dzisiaj Chrystus, to zobaczymy, jak bardzo odstajemy w naszym życiu od tego, czego On naucza. Korzystając jednak ze wskazówek, jakich nam udziela, mamy szansę, by naprawdę stać się Jego uczniami – do czego jesteśmy wezwani.
Patrząc zatem na Jezusa i wsłuchując się z uwagą w słowo, które do nas kieruje, uczmy się dźwigać nasz codzienny krzyż z coraz większą pokorą i zawierzeniem aż do końca. Pamiętajmy, że tutaj, na ziemi, jesteśmy tylko przechodniami; że wszystko, co posiadamy, otrzymaliśmy od Boga, więc nie wolno nam przywłaszczać sobie tych darów. Nie wolno nam nikogo czynić swoim niewolnikiem. Wzrastajmy w cnocie ubóstwa i nieustannego oddawania Bogu wszystkiego. To bowiem czyni nas ludźmi naprawdę wolnymi. Tylko wówczas będziemy mogli poświęcić nasze życie drugiemu człowiekowi, sami postępować na drodze do zbawienia – a przede wszystkim głosić chwałę Bożą.
Prośmy Chrystusa w tej Eucharystii, aby tak umocnił w nas ducha uczniów, byśmy w pełni wykorzystali szanse, jakie nam daje.
